Noc była krótka, poprzedzały ją kilka godzin ciężkich przygotowań posiłków i napojów.
Równo o czwartej zadzwonił budzik. Ociężale wstaliśmy z łóżka, trochę bez humoru. W ciszy każdy z osobna udał się do łazienki. Ostatnie sprawdzanie ekwipunku. Kanapki, ryż z kurczakiem, woda z miodem i cytryną, batoniki, aparat, telefony, pieniądze.
Wyruszyliśmy w lekkich nerwach po piątej... jeszcze stacja benzynowa... już w pół do szóstej.
Ten ranek był bardzo chłodny, a to jeszcze Kraków- byliśmy niczym ziejące ogniem smoki.
Przez półtorej godziny towarzyszył nam księżyc, który rozświetlał nam drogę. Mgły co chwila chowały wioski i miasteczka przed nami co drogę czyniło bardzo tajemniczą i niebezpieczną. Inne auta znikały i pojawiały się niespodziewanie, a widoczne były tylko ich jaskrawe światła niczym oczy potworów pędzące w naszą stronę.
Na Łysej Polanie byliśmy przed siódmą rano. Zaparkowaliśmy w wyznaczonym miejscu.
Niby blisko a jednak daleko.
Było mroźno, chłód przeszywał nas do kości. Nic dziwnego jak obydwoje byliśmy w krótkich spodenkach. Reszta ludzi przebierała się w długie spodnie. Trochę dziwne uczucie czuć na sobie spojrzenia obcych ludzi nie wiadomo czy z powodu właśnie shortów czy czegoś innego.
Szybkim krokiem doszliśmy do niewielkiej kolejki po bilety- 5zł za osobę.
No okej.
Po prawej stały już gotowe konie do podróży nad morskie oko.
Ruszamy pieszo. Jesteśmy ludźmi w pełni sprawnymi, chcemy zdobywać szczyty o własnych siłach.
Pierwszy postój za 45 minut. Tak też się stało.
Śniadanie i toaleta.
Ruszyliśmy dalej wzdłuż mało zachęcającej asfaltowej drogi.
W końcu złapały nas pierwsze promienie słoneczne dając nam nadzieje na lepszy dzień. Mięśnie już rozgrzane, a ku naszemu zdziwieniu pierwsze atrakcje- piękne wodospady, grzyby i dzikie zwierzęta.
Trasa nad samo Morskie Oko męcząca nie była.
Mieliśmy o tyle szczęścia, że o tej godzinie było jeszcze mało ludzi.
Widoki były obłędne.
Udało nam się w samotności i ciszy zjeść drugie śniadanie nad Morskim Okiem na dłuższej trasie (tej po prawej) gdzieś w tajemniczym zaułku za zawalonym drzewem- podziwialiśmy bardzo duże ryby i błękitną wodę, czystą i niewiarygodnie krystaliczną.
Nasza trasa miała być o wiele krótsza, ale zahaczyliśmy o Czarny Staw gdzie słońce dawało nam popalić. Dodatkowe kilka godzin, ale było warto.
W końcu trafiliśmy na szlak, który nas interesował- szlak do Doliny Pięciu Stawów.
Trasa była bardzo wyczerpująca (w pełnym słońcu), nie raz droga nas bardzo zaskakiwała choć była bardzo piękna. Co chwila pytaliśmy przechodniów jak długo jeszcze do celu. Na znakach było napisane 2 godziny, oni wcale nas nie pocieszali. Byliśmy tak naprawdę w 1/4 drogi jak nie dalej.
Zmęczeni troszkę.
Droga prowadziła przez dzikie lawiny kamieni (przynajmniej takie się wydawały), strome schody, kosodrzewinę, pionowe ściany, dróżki, których końca nie było widać.
Po kilku godzinach weszliśmy na szczyt, gdzie było widać nasz cel.
Dolina Pięciu Stawów.
Byliśmy już bardzo zmęczeni. Męczyło nas nawet schodzenie z góry, gdzie każdy kamień mógł być zdradziecką pułapką. Droga do schroniska prowadziła właśnie przez brzeg stawu, który był równie czysty co Morskie Oko. Widok robił wrażenie.
W schronisku czekała na nas długa kolejka do toalet, ludzie spali na podłodze i oknach...
Wypiliśmy na osłodę drogi piwo, a na drogę wzięliśmy dwie wody, które nie należały do najtańszych.
Droga powrotna- czarny szlak nie zapowiadał się łagodny, choć miał być najszybszy.
Wykończeni, szliśmy już nie zważając na nic.
Widoki choć były piękne, każdy podziwiał osobno z powodu sprzeczki (ze zmęczenia), która trwała dwie godziny.
Po tym czasie droga i dzieląca nas ''odległość'' zmalała, choć dalej było trudno, boleśnie i daleko od upragnionego auta.
Pod stopami czuliśmy każdy nawet najmniejszy kamyk, strach przed straceniem równowagi zupełnie zniknął, a nasze tempo nagle przyspieszyło jak gdybyśmy szli po rozżarzonych węglach.
Nie wolno było nam się zatrzymać. Słoneczny zegar tykał nad nami i poganiał, byle postój mógłby zmuszać nas później do powrotu w ciemnościach.
Gdy doszliśmy do betonowej drogi nasze nadzieje urosły- byliśmy już naprawdę nie daleko.
Nóg już wręcz nie było czuć... Ciemność ogarnęła las, a chłód i niespokojny wiatr otulał nas co chwile w nieprzyjemnych dreszczach przypominając nam, że powinniśmy przyspieszyć.
Z góry zjeżdżały ostatnie konie.
Ostatni zakręt, ostatnia prosta.
Czas szybciej leciał w rozmowie z obcą kobietą.
Zmierzaliśmy do auta, pstrykając ciągle pilota by widzieć światełko w lesie, światełko nadziei na odpoczynek.
W końcu się udało.
13,5 godziny przygodny w górach, 3 godziny łącznej podróży w samochodzie.
Nie opowiem jak powrót do domu wyglądał. Ważne że cel został osiągnięty i obydwoje wróciliśmy cali po tak wyczerpującej i fantastycznej przygodzie.
N&M